„Iwona,
księżniczka Burgunda”, Teatr im. J. Osterwy, Lublin
/Anna Jastrzemska/
16 grudnia 2011 r. w lubelskim Teatrze
im. J. Osterwy odbyła się Premiera Studencka spektaklu na podstawie dramatu W.
Gombrowicza „Iwona, księżniczka Burgunda” w reżyserii B. Toszy, po której
widzowie mieli szansę spotkać się z reżyserem i aktorami w celu zadania pytań,
wyrażenia swojej opinii.
Gombrowicz stwierdził: „Byłem
nikim, więc mogłem sobie pozwolić na wszystko”. Tosza jest kimś, więc nie może
pozwolić sobie na wszystko. Nie może pozwolić sobie na morderstwo Gombrowicza,
a jednak. Dokonuje tego zbrodniczego aktu ilekroć aktorzy wychodzą na scenę
Osterwy zagrać Iwonę.
Jej nagość to nie tylko brak dekoracji, scenografii (Anna Sekuła), ale i
brak postaci, fabuły, intencji reżysera. Braki te rażą od pierwszego aktu. Na
scenie pojawia się para królewska z orszakiem. Upudrowane na biało twarze,
komiczne, barwne kostiumy nie wystarczą, by stworzyć atmosferę konwencji,
gombrowiczowskich marionetek z przyprawionymi gębami. Próba ta podejmowana jest
ponownie w tańcu, symultanicznym ruchu świty. Niestety. Przez postacie
przebijają aktorzy. Gesty są niedokładne, nierówne, nacechowane
indywidualizmami.
Kostiumy przestają być kostiumami, a zaczynają grać główne
role. Zainteresowanie widza skierowane jest ku zagnieceniom, układaniu się (lub
bardziej nieukładaniu) strojów, a nie ku grze. Biel na twarzach wyciąga z
aktorów starość, zmęczenie. Pokazuje, że ich czas na deskach teatralnych się
kończy, pora ustąpić młodszym. Lecz i wśród tych trudno odnaleźć zdolnych
następców. Ich gra zdaje się być naiwna.
Niepotrzebny ruch sceniczny Cyryla i
Cypriana (Wojciech Rusin, Mariusz Budkowski) podczas rozmowy z Filipem
denerwuje. Infantylna przepychanka, „gra w kciuki”? Czy ma to być prezentacja
ćwiczenia z PWST, czy ilustracja świata wartości towarzyszy młodego królewicza,
sensu ich życia, który nagle burzy pojawiająca się na horyzoncie Iwona z
ciotkami? Iwona także denerwuje. Jednakże nie w ten sposób, jakby chciał
Gombrowicz. Co prawda dzieło ma prawo żyć własnym życiem i interpretacja Toszy
może być różna od zamysłu Wielkiego Pisarza, ale dlaczego cierpi na tym widz?
Nieustanne zastanawianie się, czy Sroka jest w roli, czy też nie, czy
statyczność Iwony przerwana nagłym poprawieniem włosów to odruch bezwarunkowy,
czy przemyślany gest, czy ona usilnie próbuje grać anemiczną, ale jej nie
wychodzi, czy jest sobą? Te pytania szmerem przebiegają po sali.
Co prawda współczesne trendy
sceniczne odchodzą od gry klasycznej, ale podstawowa zgodność ruchu ze słowem
powinna zaistnieć.
„Dlaczego ona siedzi… jak mnie to denerwuje…”, kiedy Iwona
stoi na proscenium i udaje, że udziela palcem pisemnej odpowiedzi na „czwartej
ścianie” teatralnej, tak jak i przed chwilą „pisał” po niej Filip. Kardynalny
błąd. Mimo próby zdynamizowania tej sceny, jednak nudzi. Książe rozmawiający z
Cyrylem przez ściany balkonów, a nie przez publiczność irytuje. Irytuje, bo
należy postawić sobie kolejne pytanie – czy wypowiada swoje myśli, czy
dialoguje? Takich błędów w spektaklu można spotkać wiele. Męczą i zaburzają
koncentrację, która powinna skupić się na przekazie merytorycznym spektaklu.
Ja, osobiście, już w pierwszym
akcie, niezmiernie zmęczona, stwierdziłam, iż jest to sztuka dla sztuki, która
nic nie chce mi przekazać, która jest po prostu odegraniem klasyka. Liczyłam,
że coś się zmieni w akcie drugim. Owszem, pojawił się monolog królowej (Jolanta
Rychłowska), która zrzuca z siebie perukę, ubrania, by stanąć przed samą sobą w
prawdzie, by odkryć, kim jest poprzez czytanie swoich wierszy
„eroto-miłosnych”. Ale to nie wystarcza. Wahania Filipa, by zabić Iwonę są
dziecinne, argumenty nie wybrzmiewają, a uwodzenie i romans z Izą (Halszka
Lehman) nie pasuje do szkieletu postaci. Nie pasuje także pocałunek Iwony z Izą
(gdyby to był chociaż zwykły judaszowy pocałunek!) po dowiedzeniu się o
zdradzie. Dlaczego?! Po co?!
Ciekawie rozwiązana zostaje scena
z przyjęciem zaręczynowym, na które zostaje spuszczony stół z pełną zastawą
(nareszcie coś niekonwencjonalnego w scenografii, innego aniżeli drzewo na
kółkach). Tylko (ponownie pytam), dlaczego cechuje go tandeta? Przy sznurach,
białych, delikatnych, przyczepiono kokardki komunijne, czy też ślubne. Idealnie
pasuje do kiczu panującego wśród kostiumów i charakteryzacji.
Kicz i niezdarną grę przełamuje
Walenty (Andrzej Golejewski). Postać, służąca przesuwaniu rekwizytów,
emocjonalnemu wyżywaniu się bohaterów, zdaje się w tej przestrzeni zastępować
Iwonę. Również milczy, również jest prześmiewany, ofukiwany, ale reżyser nie
potwierdził tejże wersji wprowadzenia postaci w akcję. Te przykre słowa,
świadczące o braku intencji reżyserskiej, rozbrzmiały podczas spotkania po
spektaklu. Postać doceniona przez wielu widzów, o najwyrazistszej grze i
celowości w sztuce, tak bardzo niedoceniona przez reżysera. Warto tu wspomnieć
o innych smaczkach (raczej „niesmaczkach”) reżyserskich. Pytania dotyczące
Iwony, które rozbrzmiały powyżej, Tosza próbował zgrabnie ominąć, tłumacząc, iż
zbudowanie postaci pozostawił młodziutkiej aktorce. Miała być sobą, miała w
sobie odnaleźć Iwonę. Na ile teatr jest teatrem, gdy na scenie stoi Iksiński i
prezentuje samego siebie a nie Hamleta?
Tosza podkreślił, że widział
wiele adaptacji Iwony i chciał w końcu sam podjąć się wyreżyserowania. Brzmi to
niemal dziecinnie - chcę wyreżyserować Gombrowicza, bo nigdy tego nie robiłem…
Gombrowicz rozmawia z nami przez swoje dzieła, przekazuje nam swoje myśli.
Tosza usprawiedliwiał się tłumacząc, że sam autor nie przyznawał się do swojej
pierwszej sztuki, nie wspominał o niej. Nie oznacza to, że uznał ją za
bezwartościową i umożliwił, by Bogdan Tosza pozwolił sobie na wszystko.
Na sam koniec wspomnę o
największym plusie spektaklu. Muzyka. Piotr Salaber genialne przedstawił klimat
dworu, panującej na nim schematyczności i konwencji za pomocą kilku, kilkunastu
nut, które rozbrzmiewały naprzemiennie podczas całego widowiska. Dla tego
jednego elementu warto by było powrócić na widownię Osterwy, by przypomnieć
sobie, a może i zanucić iście gombrowiczowską melodię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz